Kiedy emocje po maratonie opadły, przyszła pora na wpis o moich przygotowaniach. Celowo pojawił się on po maratonie, ponieważ chciałam sprawdzić, jak diametralnie różne podejście do treningu przełoży się na wynik. Na wstępie jednak zaznaczam, że ja jestem kiepska w treningowej nomenklaturze i nie chcę udawać, że jest inaczej. I pewnie na egzaminie z biegowej teorii, dostałabym dwóję na szynach.

Moim celem nr 1 na ten rok było złamanie 3:30 w maratonie. To jest coś, czego byłam bliska już rok temu- 16. PKO Poznań Maraton ukończyłam wtedy z czasem 3:31:20. Po tamtym biegu pozostał pewien niedosyt, choć i tak poprawiłam swój rekord życiowy z Berlina, z 2013 roku (3:53:XX, w 2013 r.) o ponad 20 minut. Kto śledzi naszą stronę od kilku lat, ten wie, że moje bieganie przyspieszyło po ciąży i stało się ambitniejsze niż wcześniej. Bez żadnego hokus pokus, tak po prostu wyszłam pewnego dnia i zaczęłam biec szybciej. I tak za każdym razem podkręcałam śrubkę i wychodziłam ze swojej strefy komfortu. Mnie młodej matce, bardzo były potrzebne: nowe wyzwania, powrót do formy i przede wszystkim zgubienie 20 kg. Z ciążowymi kilogramami poszło szybko i wiosną 2015 r, zaledwie po kilku miesiącach od pierwszych truchtów, śmigałam już 10 km poniżej 5 min/km treningowo. Moim najważniejszym biegiem w 2015 roku był, podobnie jak w 2016 r., poznański maraton.

W 2015 roku mój trening był hmm… bardzo nieskomplikowany, żeby nie napisać prymitywny. Biegałam sobie dużo i  jak na mniej dość szybko. Praktycznie tempo każdego biegu spadało poniżej 5 min/km i pamiętam, że czułam, że to było dla mnie tempo powiedzmy dość komfortowe. Wtedy było mnie także 5 kg mniej, co jak przypuszczam także mogło mieć wpływ na moją formę. Jeśli mnie pamięć nie myli, to w zeszłym roku nie robiłam podbiegów, nie wplatałam interwałów i żadnych innych dodatkowych akcentów szybkościowych. Po maratonie czułam rzecz jasna niedosyt i analizowałam, co poszło nie tak skoro wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że złamię 3:30. Później niestety dopadła mnie biegowa stagnacja i nie mogłam znaleźć w sobie motywacji do dalszego trenowania. Nie wiedziałam także, jak mam trenować, aby osiągnąć upragniony cel. Nie mogłam także wyłuskać dodatkowego czasu na treningi. Ten stan trwał w sumie przez całą wiosnę, wtedy też nieśmiało zaczęłam myśleć o profesjonalnym, skrojonym na miarę treningu do maratonu. I tak od czerwca trafiłam pod skrzydła Agnieszki, która przygotowywała mi co miesiąc plan i kontrolowała moje postępy. Dla mnie był to szok i rewolucja biegowa. Nie dość, że musiałam zacząć biegać wg tętna, to dodatkowo biegi w pierwszym zakresie były tak wolne, że czasem siadała mi na treningach moja głowa, ja natomiast miałam nieodparte wrażenie regresu. Spadł także mój miesięczny kilometraż i w ciągu 4. miesięcy przygotowań wyglądał następująco:

Czerwiec: 134,88 km

Lipiec: 120,27 km

Sierpień: 183,91 km

Wrzesień: 183,45 km

Pamiętam, że na początku ustawiłam sobie w garminie alert tętna i moja irytacja sięgała zenitu, kiedy nawet przy wolnym biegu wciąż słyszałam alarmujące pikanie. Czasem, kiedy wychodziłam biegać rano, alert pojawiał się tuż po rozpoczęciu biegu. Na szczęście w moim planie było mnóstwo siły biegowej, przebieżek, małej zabawy biegowej i to właśnie tutaj się solidnie wyżywałam. Nieoczekiwanie, to właśnie szybkie przebieżki i mała zabawa biegowa stały się moją ulubioną jednostką treningową. To były dla mnie krótkie, ale niesamowicie intensywne treningi, że czułam się jak po endorfinowej iniekcji. Tradycyjnie w niedzielę robiłam spokojne długie wybieganie. I ono naprawdę było spokojne i wolne. W przygotowaniu do maratonu tylko raz przebiegłam 30 km, nie zbliżając się nawet do tempa maratońskiego. Z czasem przy tym samym tętnie, co na początku, biegałam już znacznie szybciej. Przez cały cykl przygotowań biegałam 4 razy w tygodniu, choć zdarzały się tygodnie z 3 treningami. Kontrolny półmaraton na dwa tygodnie przed wyczekiwanym sprawdzianem pobiegłam kilkanaście sekund gorzej niż rok temu w gorszych warunkach. 9. października obiecałam sobie nie odpuszczać i cały maraton udało mi się przebiec w tempie poniżej 5 min/km bez większego kryzysu, choć na linii startu miałam duszę na ramieniu. Na mecie zameldowałam się z czasem 3:27:45. 

W 2015 roku robiłam znacznie więcej km podczas przygotowań (w ostatnich dwóch miesiącach grubo powyżej 200), a w tym roku nigdy nie pojawiła się „dwójka” z przodu. Okazało się jednak, że moja życiowa dewiza „mniej, ale lepiej” dotyczy także biegania. Cieszę się, że miałam okazję przez kilka miesięcy trenować pod okiem profesjonalisty. Jeśli dobrze pamiętam, to trening opuściłam tylko raz i to z przyczyn zdrowotnych. Poza tym podczas mojego okresu przygotowawczego nic mnie nie bolało i szczęśliwie od dwóch lat uciekam kontuzjom (chwilo trwaj).

Pomijam w moich przygotowaniach takie aspekty jak dieta i regeneracja. W diecie, jak w życiu, następują u mnie wzloty i upadki. Nie zawsze jem tak zdrowo (choć pracuję nad sobą), jak to pokazuję na moim instagramie. Regeneracja niestety też szwankuje bo wciąż nie dosypiam. Odkąd  do naszego domu z impetem wkroczył mały człowiek, nie udało mi się jeszcze przespać   ciurkiem więcej niż 4 godziny. Po prostu moje ciekawe świata dziecko rzuciło spanie gdzieś na koniec listy priorytetów. Wiem jednak, że to jest przejściowe i jeszcze za tym słodkim chaosem zatęsknię.

14358659_931125333658727_4441815277509491920_n

Od maratonu minęły już ponad dwa tygodnie. Szukam sobie celu, drogi dla siebie. Na tę chwilę nie chcę już biegać po rekordy. Zawsze przecież można więcej, lepiej, dalej, dłużej. Wolałabym jednak umieć powiedzieć „tyle mi wystarczy”. Z drugiej strony do głosu dochodzi ambicja, chęć przesuwania własnych ograniczeń i rozwoju. Mój zdrowy rozsądek podpowiada mojej chorej czasem ambicji, że istnieje wiele sposobów realizowania biegowej pasji. Dam sobie jednak czas do namysłu, a gdy w sylwestrową noc wystrzelą korki od szampanów pewnie będę już miała plan, cel i postanowienie.