Relacja z 38. Biegu Lechitów, czyli jak zrobiłam życiówkę w półmaratonie

Wierzę, że relacje spisywane na gorąco, na endorfinowym haju pozwalają przekazać jeszcze odrobinę emocji, więc siadam i piszę mimo ogromnego zmęczenia.

Na Bieg Lechitów nie zdążyłam się zapisać, ale udało mi się odkupić pakiet startowy. Jest to już 3 edycja biegu, w której dane mi było wziąć udział. Tutaj także debiutowałam w 2011 roku. Zależało mi, aby sprawdzić swoją formę przed ostatecznym starciem podczas poznańskiego maratonu.

Dzień zaczęłam tradycyjnie od czynności preparacyjnych. W moim śniadaniowym jadłospisie postanowiłam oderwać się od rytualnej bułki z dżemem truskawkowym i tym razem przygotowałam sobie rogala z masłem orzechowym i bananem. Patetnt Adama Małysza z bułką i bananem okazał się być strzałem w dziesiątkę.

Na miejsce startu udaliśmy się ze sporym zapasem czasu. Wiedziałam, że biegnie kilka dziewczyn z drużyny i właściwie od razu udało nam się spotkać i spędzić wspólnie czas, który pozostał do rozpoczęcia biegu w malowniczej scenerii Ostrowa Lednickiego.

[gap height=”25″ /]

1442232075.372003.IMG_2965

[gap height=”25″ /]

Nie miałam właściwe żadnego planu. Wiedziałam, że chcę zaatakować życiówkę wywalczoną podczas tegorocznego poznańskiego półmaratonu. Wiedziałam też, że jestem na to gotowa, a ten bieg miał być podsumowaniem ostatnich miesięcy pracy nad formą. Ustawiłam się za balonikiem z oznaczeniem 1:40 i przysięgłam, że tym razem pobiegnę w grupie prowadzonej przez pacemakera od samego początku do końca, co nigdy wcześniej mi się nie udało. Pierwsze kilometry są u mnie zawsze najgorsze. Muszę złapać swój rytm i wprowadzić ciało w ten biegowy rezonans. To pewnie dlatego jeszcze nigdy nie wystartowałam w biegu na 5 km. Podobnie było tym razem. Dawno jednak nie biegło mi się tak dobrze, lekko i równym tempem. Od razu złapałam swój rytm i dałam się ponieść biegowym emocjom. Kilometry mijały zadziwiająco szybko. Tempo miałam od początku bardzo dobre (jak na mnie) i równe w okolicach 4’40’’/km. Jak zawsze podzieliłam sobie trasę na kilka krótkich odcinków. Ten prosty, niemal prymitywny patent,  bardzo dobrze oszukuje moją głowę. To właściwie moja jedyna strategia przetrwania. Z poprzednich edycji znałam profil trasy i wiedziałam, że nie będzie lekko. Po pierwsze, trasa biegu nie jest szczególnie atrakcyjna i malownicza. Jest w zasadzie dość monotonna, żeby nie napisać nudna. Po drugie, nie jest to trasa super szybka. Jest kilka dających w kość podbiegów, a ten niedaleko mety na pewno nie tylko ja przeklinałam. Po trzecie, tego dnia pogoda dała w kość, wiało niemal cały czas, a mnie dodatkowo we znaki dała się dość wysoka temperatura. Po czwarte, niestety na obecność kibiców można liczyć właściwie tylko w samym Gnieźnie. Oczywiście zdarzają się pojedyncze grupki rozsiane tu i ówdzie. Było mi bardzo miło, kiedy słyszałam swoje imię. Dziękuję Dziewczyny za doping.

Bieg za balonikiem to była najlepsza decyzja tego dnia. Mili Panowie z gnieźnieńskiego klubu biegacza Altom osłaniali od wiatru i dopingowali na ostatnich kilometrach. Wielkie dzięki! Ja sama chyba jeszcze nigdy nie byłam tak bardzo skupiona podczas biegu. Pilnowałam się z całych sił, aby za często nie zerkać na zegarek i niepotrzebnie wybijać z rytmu. Kiedy zobaczyłam na horyzoncie strzeliste wieże katedry, odczułam ulgę, że meta jest już całkiem blisko. Na 14. kilometrze wciągnęłam żel i popiłam go wodą z kokosa. Już myślałam, że uda mi się uniknąć kryzysu, ale niestety ten szczwany lis dopadł mnie na 4 kilometry przed metą. To był ten czas kiedy moje serce musiało stoczyć nierówną walkę ze strakującą głową i poddającymi się jej woli nogami. I choć ja tak bardzo chciałam biec, to wszysto inne było na nie. Nie pomagała nawet myśl, że życiówka jest już w zasięgu ręki. Zwoliniłam nieco, a w myślach zaczęłam odliczanie. Wtedy pan pacemaker powiedział, że mam lecieć bo złamię 1:40 i on mi nie odpuści. To dodało mi otuchy, wrzuciłam w słuchawki Smells like teen spirit Nirvany i poleciałam po moją życiówkę. Tuże przed metą znalazłam wzrokiem chłopaków i pognałam jeszcze szybciej walcząc o każdą ekstra sekundę. Na metę wpadłam z czasem netto: 1:39:01. Ku mojemu zaskoczeniu zajęłam 3. miejsce w swojej kategorii wiekowej i 11. miejsce open wśród kobiet. Tym samym spełniło się moje marzenie biegowe. Mimo tego, że byłam gotowa na życiówkę, to do końca nie wierzyłam, że uda mi się złamać magiczne 1:40.  Jakiś cel udało mi się osiągnąć, ale w tym roku nie myślę już o następnym. Na pewno spróbuję zaatakować życiówkę w maratonie z Berlina sprzed dwóch lat. Jestem już trochę zmęczona treningami, zwłaszcza że noce są u nas wciąż z gatunku tych raczej nieprzespanych. Z niecierpliwością czekam na okres roztrenowania.

[gap height=”25″ /]

1442232074.709467.IMG_2969

[gap height=”25″ /]

1442232075.024574.IMG_2966

[gap height=”25″ /]

Jest jeszcze coś o czym chcę wspomnieć. Widzę u siebie duży progres, jeśli chodzi o wolę walki. To moja słaba strona nie tylko w bieganiu. Myślę jednak, że ta dyscyplina zdobyta w bieganiu przełoży się także na inne segmenty życia. Niestety mam skłonność do poddawania się tuż przed samym końcem, kiedy osiągnięcie celu jest już niemal przypieczętowane. Miałam tak np. podczas ostatniego półmaratonu w Poznaniu, kiedy na końcowym odcinku wszyscy mnie wyprzedzali, mnie zwyczajnie zabrakło woli walki i motywacji. Wiem, że to moja słabość i muszę z tym walczyć. Tym razem mi się udało z czego jestem ogromnie dumna. Kolejnym wielkim sprawdzianem będzie nadchodzący maraton.

Jak oceniam organizację biegu? Na plus na pewno przemawiają różne ceny pakietów i możliwość dopłacenia w przypadku wzięcia koszulki. Ja nie miałam już opcji wyboru, ale pewnie nie skusiłabym się na koszulkę “longsleeve” bo raczej nie biegam w tych dołączanych do pakietów.  Nawet w wersji basic pakiet startowy był dość bogaty, a wszystko zapakowane w ładne bawełniane torby. Sama organizacja w biurze zawodów bardzo sprawna. Fajnie zorganizowana meta i  smaczny catering. Mogłabym się jedynie przyczepić do przyznawania nagród. Osoby nagradzane w klasyfikacji open, otrzymywały nagrodę także w kategoriach wiekowych, co jest raczej rzadko praktykowane.

I na koniec serdecznie gratuluję Dziewczynom z drużyny: Agnieszce, Alicji, Kamili (graty za super lokatę w Mistrzostwach Polski Lekarzy) i fantastycznego, wyczekanego debiutu Moniki.

[gap height=”25″ /]

1442232075.742675.IMG_2983

[gap height=”25″ /]

1442232076.087480.IMG_2987

Share :
You may also like
NN Marathon Rotterdam 2017. Liczyła się każda sekunda.
Imprezy biegowe - Running
Mój 38. PZU Maraton Warszawski
Imprezy biegowe - Running
  • gratulacje! :) świetny wynik.

    • Magda Ratajczak

      Dziękuję ;)

  • Dominika Strugała

    Gratulacje :) opis czytało się tak samo szybko jakim był Twój bieg :D

    • Magda Ratajczak

      Dziękuję :)

  • runwithmum

    Świetny wynik, też mi się taki marzy :-) Gratulacje!

    • Magda Ratajczak

      Dziękuję bardzo. Trzymam zatem kciuki za realizację marzenia :)