Takie buty

1DSC_5587
 

Fot. Małgorzata Opala

Biegam od czasów szkoły podstawowej. Swoje pierwsze biegowe kilometry i zawody pokonywałam w najzwyklejszych trampkach na biegowej podeszwie. Udawały Conversy, ale jako dzieciak kompletnie nie wiedziałam, że mam do czynienia z podróbkami. Kosztowały pewnie z 10 złotych i każdy uczeń je miał, jestem pewna. To w nich pani od wuefu dostrzegła mój biegowy zapał i ambicję. W gimnazjum w równie ordynarnych podróbkach zdobyłam wicemistrzostwo powiatu w biegu na 600 metrów. Na etapie wojewódzkim musiałam ścigać się w przechodzonych, pamiętających poprzedni ustrój starych kolcach, bo tylko takie miała na wyposażeniu szkoła. Te które dostałam na mój bieg kompletnie mi nie pasowały i poniosłam sromotną klęskę. Winą obarczyłam te cholerne, stare kolce. Jestem pewna, że lepiej pobiegłabym boso.

W liceum dostałam z kolei pierwsze prawdziwe buty biegowe marki Puma. Doskonale pamiętam sytuację, gdy szłam na mistrzostwa powiatu w sztafetowych biegach przełajowych. Moje pumy lata świetlności miały już dawno za sobą. Były dziurawe i strasznie zniszczone, ale pomogły mojej szkole zdobyć srebrny medal. Na pewno nie wiedziałam wtedy o tym, że żywotność butów biegowych obliczona jest na ok. 1000 km.

Później długo nie miałam butów biegowych. Truchtałam, więc w czym popadnie, zazwyczaj były to buty zupenie niestworzone do biegania. Dopiero, gdy wraz z M. zaczęliśmy 5 lat temu biegać tak nieco poważniej, M. zamówił na Allegro zupełnie w ciemno dwie pary Pegasusów. Okazały się strzałem w dziesiątkę. Przebiegłam w nich pierwszy maraton. Ich wzornictwo nie powalało, ale śmiało mogę powiedzieć, że przyczyniły się do narodzin mojego biegowego wariactwa. Wciąż mam sentyment do tego modelu butów, choć ogromnie ewoluował w funkcji czasu.

Dziś mam więcej butów biegowych niż jakichkolwiek innych i trudno mi się rozstać z każdą parą. Nigdy nie wyrzucam tych z wysokim przebiegiem, po prostu zazwyczaj podarowuję je komuś, kto da im drugie życie. Mam swoje ulubione modele, w których biega mi się najlepiej. Mam takie, w których chodzę na spacery. Mam też takie, które świetnie komponują się z “małą czarną”. Ale to wciąż tylko buty; narzędzie pracy biegacza. Tylko wytłumacz to kobiecie…

Ciekawa jestem, jakie Wy macie wspomnienia związane z pierwszymi biegowymi butami, czy wciąż je macie i co robicie z tymi, w których już nie biegacie. Piszcie w komentarzach.

  • http://agatamusz.com/ Agata Muszyńska

    Moje pierwsze biegowe buty pożyczyłam ostatnio siostrze na Terenową Masakrę – bieg z przeszkodami. Pomyślałam, że to będzie ciekawy koniec ich kariery. Nie spodziewałam się jednak, że aż taki. Młoda wróciła w moich wybieganych adasiach… bez podeszw, które zostały w jakiejś sadzawce. Do tej pory się uśmiecham jak o tym myślę. :)

 

Your browser is out of date. It has security vulnerabilities and may not display all features on this site and other sites.

Please update your browser using one of modern browsers (Google Chrome, Opera, Firefox, IE 10).

X